Black Swan – niepokojący seans z najwyższej półki

Najlepsze są te filmy, po których się nic nie spodziewam. Tak było i tym razem. Ominęły mnie hymny pochwalne na jego cześć i kapitalne recenzje bez żadnego “ale”, seans został wybrany z braku wyboru.  O filmie nie wiedziałam nic poza tym, że jest “o balecie”. Co zresztą zostało potwierdzone już na samym początku przez swoiste preludium do całej historii, jak złowieszcza zapowiedź nieuniknionego, kiedy autorka śni o tańcu z czarnym łabędziem.
Portman odmieniona nie do poznania, rasowa gra bez podźwięku jakichkolwiek wcześniejszych ról, z mistrzowskim kunsztem kreśli historię baletnicy o wielkich aspiracjach, utalentowaną i pracowitą. Nieobeznany w baletowym świecie widz ma okazję dostrzec znój codziennych zajęć, odciski i przeciążone ścięgna, fizyczność i ciężar tego tak lekkiego i zwiewnego tańca. Restrykcyjne ćwiczenia nie dotyczą tylko ciała, bohaterka musi wypracować brakujące według mistrza elementy jej osobowości, które pozwolą jej zatańczyć mroczną część Jeziora łabędziego. Dla tancerki oznacza to coś w rodzaju przejścia na ciemną stronę, przejścia z którego nie ma odwrotu.
Nie wygląda jednak na to, że tylko rola w jeziorze była bakcylem choroby, myślę, że to zaczęło się dużo wcześniej, czy to w relacjach z nadopiekuńczą matką, czy poprzez nieobecność ojca, bohaterka jest zupełnie nie przystosowana by podołać wyzwaniu od samego początku. Tylko, że może stracić zmysły to w tym przypadku tak naprawę podołać? Finałowy popis podczas premiery jest eksplozją i triumfem, muzyka, taniec i wizja zlewają się z przeżyciami bohaterki, stanowią jej alter ego. Diabelski występ czarnego łabędzia pędzi do okropnego finału, a widz kurczy się w fotelu i ze spoconymi rękoma łyka nuty  tej klasycznej ale jakże ponadczasowej melodii.
Czarny łabędź zostawił na mnie niezatarte wrażenia, jakże przepięknie zrobiony film, doskonała gra aktorska – nie tylko Portman ale i ról drugoplanowych, ścieżka muzyczna wypełniała mi uszy przez całą noc po seansie, z którego wyszliśmy, jak rzadko, ze świecącymi oczyma i podwyższonym tętnem. O tym filmie można dyskutować i zachwycać się bez końca, można analizować poszczególne momenty, można dociekać, co było prawdą, a co urojeniem. Po takim seansie odżywa wiara w dobre kino, film wzbogaca moją kolekcję ulubionych. Będę niewątpliwie śledzić dalsze poczynania Aronofskiego, nie ma zresztą filmu w jego reżyserii, które by mnie nie poruszył.

Leave a Reply