Battle: Los Angeles – wyżygana inwazja wodolubnych krewetek

O tym filmie naprawdę szkoda pisać, napiszę jednak bo obiecałam sobie pisać o wszystkim.

Zupełnie nic tu nie zachwyca. Kolejna inwazja pozaziemskich istot, bezrozumnie atakujących cywilów. Sceny jak zwykle rozmazane, przedobrzone komputerowo, idące na ilość, zasrane chaotycznymi wystrzałami i wybuchami. Nie pomaga tak modne kręcenie z ręki ulicznych scen wojennych – od tego trzęsienia boli głowa i łzawią oczy.

Oddział Marines idzie na rozeznanie i na ratunek potencjalnym ocalałym cywilom w zrujnowanym Los Angeles, które za kilka godzin ma zostać zrównane z ziemią przez desperacki atak bombowy amerykańskiej armii.

Przybysze wydają się za dobrzy, żeby z nimi walczyć konwencjonalnymi metodami, jest ich jak mrówków, mają zaawansowaną technologię i absolutnie nie są zainteresowani braniem jeńców. Wydaje się niemożliwe, żeby malutki i zdziesiątkowany oddział dał radę świstającym w koło laserom. A jednak, co to dla nich. Grad kul ich omija, za to oni trafiają celnie. Rozbrajają potężnego przeciwnika bezbłędnie, mimo tradycyjnych wewnętrznych konfliktów między członkami zespołu. Mimo bolesnych i niezaleczonym przeszłości, pokonują strach i psychiczne załamki. Grzebią w bebechach obcego, żeby wiedzieć, gdzie celować, aby zabić to cholerstwo. Wykrywają, jak się komunikują, żeby rozbić statek matkę. Tak właśnie – wszystko opowiedziałam na złość, za te kilka naprawdę mdławych i rzewnych momentów, których nie można wybaczyć.

Mogę sobie dać głowę uciąć, że przy produkcji asystowało wojskowe public relations. Przesłanie – wojsko jest cool, finansowanie wojska ma wielki sens, niech sobie ćwiczą w Afganistanie, żeby potem dali radę z tymi ohydnymi ufoludkami, które przylatują, żeby zniszczyć Twój kraj, Twoją rodzinę, spokój Twojego sennego przedmieścia. Papka dla durnej części społeczeństwa pewnie da oczekiwane rezultaty.

“Dzień niepodległości” wydarzył się kiedyś, w podobnym tonie, ale dość świeży, w swoim czasie nowatorski, można mu było trochę wybaczyć tą amerykańskość. Tutaj reżyser zafundował to samo w niezjadliwej dawce. Do tego słabo zaprezentowali się aktorzy, chociaż cóż oni mogli wycisnąć z tego durnego scenariusza. Nawet słodziuchny Aaron Eckhart, tu tatusiowaty i płaski jak klatka piersiowa akrobatki.

Jakże daleko temu filmowi do District 9, które moim zdaniem było jednym z najlepszych filmów zeszłego roku, jak można aż tak zepsuć zawsze chwytliwy temat życia pozaziemskiego. nawiedzającego naszą planetę.

Tak więc nie polecam.

Leave a Reply